Gwarancja minimalnej prędkości dostępu do internetu

W dzisiejszym wpisie chciałbym poruszyć kwestię gwarancji minimalnej szybkości dostępu do internetu w umowach o świadczenie usług telekomunikacyjnych. Obecnie przedsiębiorcy świadczący tego typu usługi, w umowach o dostępu do internetu wskazują, że zapewniają dostęp o prędkości np. DO 20 Mb/s – czyli wskazana zostaje jedynie maksymalna prędkość jaką można osiągnąć. Oferty, w których operator gwarantowałby minimalną prędkość transferu dla konsumentów należą do rzadkości. Na pewno określenie takich parametrów byłoby z korzyścią dla odbiorcy ponieważ wiedzieliby za co dokładnie płacą, a także mogliby określić, kiedy przedsiębiorcą nie wywiązuje się z umowy i tym samym może ponieść za to odpowiedzialność. Były przymiarki, aby taki obowiązek określania minimalnej szybkości internetu wprowadzić do prawa telekomunikacyjne. Jedna z propozycji dotyczyła wprowadzenia pułapu gwarancyjnego w wysokości 80% prędkości wskazanej w umowie. Ostatecznie z tego pomysłu zrezygnowano. 

Problem zauważyła posłanka Maria Zuba (PiS) i złożyła interpelację do MAiC (nr 20824 w sprawie konieczności przeciwdziałania brakowi należytego zabezpieczenia interesów konsumentów w umowach na dostawę Internetu poprzez podanie w tych umowach wyłącznie maksymalnego transferu danych, a braku gwarancji zapewnienia określonego minimalnego transferu danych). Autorkę trochę chyba poniosło w swoich rozważaniach, ale zamiary miała słuszne.

Z odpowiedzią ze strony MAiC można zapoznać się na stronach Sejmu. Z informacji przedstawionych przez podsekretarza w MAiC wynika, że główną przyczyną niewprowadzenia ww. regulacji był – tutaj zaskoczenie (!?) –  sprzeciw przedsiębiorców telekomunikacyjnych świadczących usługi dostępu do Internetu. Mały cytat:

(…) [Operatorzy – przyp. KL] nie są w stanie kontrolować wszystkich elementów wpływających na ten parametr, w tym np. jakości wszystkich serwerów znajdujących się w sieci czy urządzeń końcowych wykorzystywanych przez użytkownika. W praktyce takie postanowienie oznaczałoby, iż operator działający w Polsce musiałby odpowiadać za natłok ruchu do serwera zlokalizowanego w innym kraju, pomimo iż technicznie nie ma możliwości zmiany tego stanu rzeczy, gdyż jest to transfer danych poza jego siecią. W związku z powyższym regulacja w tym zakresie musiałaby być ograniczona do sieci własnej operatora, przy czym kolejnemu wyłączeniu spod jej działania podlegaliby operatorzy świadczący usługi w sposób bezprzewodowy, gdyż w ich przypadku na zapewnianą aktualnie przepływność mają czynniki absolutnie niezależne od operatora, jak np. pogoda. 

Czyli wynika z tego, że jeżeli ustawodawca zdecydowałby się na wprowadzenie takiego obowiązku po stronie przedsiębiorców, to powinien być on ograniczony tylko do niektórych form przesyłu danych. Rozumiem konieczność rozróżnienia internetu stacjonarnego od internetu mobilnego, ale tłumaczenie przedsiębiorców czasami sięga za daleko. Należy pamiętać, że cały czas za dostęp do internetu odpowiada przedsiębiorca z którym konsument zawiera umowę, a to przy pomocy jakich podmiotów świadczy usługę to już nie powinno konsumenta interesować. W tym duchu zamieszczono np. w rejestrze postanowień niedozwolonych klauzule pod poz. 680 czy też 3214. Idąc tym tokiem argumentacji, można wprowadzić zasadę, zgodnie z którą konsument będzie płacił abonament np. do 60 zł, ale ile będzie to dokładnie zależy od obciążenia domowego budżetu (wydatków na jedzenie, ubrania). Przecież nie zawsze ilość posiadanych pieniędzy zależy od samego konsumenta 🙂 Oczywiście pomysł absurdalny, ale jeżeli przedsiębiorca zyskuję konkretne świadczenie, to powinien również spełnić świadczenia o określonych w sposób precyzyjny parametrach. 

Kolejną sprawą to jest sposób obliczenia prędkości, na co zwraca uwagę również MAiC w swojej odpowiedzi.:

W chwili obecnej prędkość transferu danych jest mierzona przez operatorów w oparciu o różne metody pomiarowe. Informacje na temat prędkości transferu danych są czynnikiem wpływającym na decyzje zakupowe konsumentów, w związku z czym operatorzy stosują korzystne dla siebie rozwiązania.

W wyniku nowelizacji u.p.t. (por. art. 62a)  uprawnienia do weryfikowania metody pomiaru szybkości dostępu do internetu świadczonego przez operatorów zyskał Prezes UKE. Tak więc, jeżeli przedsiębiorca podaje do publicznej wiadomości np. w reklamach – prędkość transmisji danych, to musi się liczyć z tym, że organ ten, może tą informację zweryfikować.

Uważam, że do tematu powinno się wrócić, gdyż problem jest istotny. Jeżeli widzę w telewizji reklamę, w której operator promuje np. najszybszy internet mobilny do 150 Mb/s, to od razu zapala mi się lampka w głowie, gdyż wiem, że nigdy takiej prędkości nie osiągnę. W mojej ocenie jest to pewnego rodzaju wprowadzanie konsumentów w błąd, gdyż ukazuje się jedynie maksymalną wartość świadczenia, a przez to maksymalną korzyść, pomijając informację, że w normalnych warunkach nawet zbliżona prędkość nie jest możliwa do osiągnięcia. Korzystniejszym rozwiązaniem dla odbiorcy takiego przekazu reklamowego byłoby ukazywanie średniej prędkości internetu mobilnego z określonego okresu czasu (np. kwartału), na danym obszarze (np. województwa, czy kraju) u konkretnego operatora. Na pewno jest to bardziej reprezentatywny przykład i pozwala konsumentowi oszacować rzeczywistą prędkości internetu jaką mógłby osiągnąć w normalnych warunkach. Powinna być to informacja dodatkowa (ale jednocześnie obowiązkowa) za każdym razem, kiedy w materiałach reklamowych operator zdecyduje się na promocję prędkości dostępu do internetu mobilnego. Na podobnych zasadach działa "reprezentatywny przykład" w ustawie o kredycie konsumenckim. Wymagałoby to również ujednolicenia zasad pomiaru prędkości dostępu do internetu, a na to chyba jeszcze nie jesteśmy gotowi. 

Jeżeli chodzi o internet stacjonarny to powinien zostać wprowadzony do umowy pułap gwarancyjny w zakresie minimalnej szybkości transferu danych w związku z koniecznością stwierdzenia prawidłowego wywiązania się przedsiębiorcy z umowy.  Przykład 80% umownej prędkości określonej jako "do X Mb/s" wydaje się sprawiedliwym rozwiązaniem i być może ograniczyłoby to praktykę oferowania konsumentom produktów nieprzystosowanych do lokalizacji w której mieszkają. W takim wypadku konsument zobligowany jest do płacenia za fikcyjną prędkość transferu, która na infrastrukturze dostępnej w jego domu nigdy nie będzie możliwa do osiągnięcia. Swoją drogą takie przypadki są bardzo ciekawe jeżeli chodzi o możliwość dochodzenia roszczeń na podstawie ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, ale o tym może napiszę w przyszłości. 

 

Podziel się artykułem!
Processing your request, Please wait....